Siłę człowieka mierzy się ilością jego nieprzyjaciół. >> środa, 20 sierpnia 2008 13:36:05
Było tyle słów obojętnych
i ostrych
i na twarzach tylko grymas

dzień
teraz trudniej nam przeżyć
niż naszym rodzicom
przerażenie i rozdarcie
chłeptanie życia gorączkowe

strąceni niedojrzali
z otwartymi ustami
ociekamy krwią

I nie było pory rozkwitania.*


W pomieszczeniu było duszno, wręcz parno. Gęste, nieruchome powietrze oklejało usta i tamowało oddech jak wata. Zamknięte okna, zostały przesłonięte ciężkimi kotarami, które nie przepuszczały słońca. Za jedyne oświetlenie służyły świece, wiszące w kandelabrach na ścianach. Trzy rzędy starych, drewnianych ławek i krzeseł zostały ustawione na środku klasy. Tuż przy nagich ścianach stały regały z książkami. Grube tomiszcze chwiały się niebezpiecznie nad krawędzią, jakby w niemym pytaniu: spaść teraz czy jeszcze poczekać? Na ciemnej podłodze iskrzyły drobinki kurzu, wzbijane w powietrze przez przechadzającą się nauczycielkę.
— Mrocznej Magii nie można posiąść, a później tak po prostu się od niej odwrócić — mówił spokojny, melodyjny głos. — Wielu już próbowało i nie wyszli na tym najlepiej. Bo Czarną Magię można porównać do wili. Najpierw cię omami... a później zniszczy.
Przez klasę przeszedł szmer. Rachel zlustrowała dokładnie twarze uczniów. Kilkoro gryfonów lekko się przygarbiło, rzucając dokoła zlęknione spojrzenia, jakby w obawie, że wila vel czarna magia nagle wejdzie do klasy i ich pozabija. Zwłaszcza ten pucołowaty chłopiec, Neville Longbottom, wydawał się być przerażony. Natomiast większość ślizgonów wyglądała, jak gdyby o czarnej magii wiedzieli wszystko i ze znudzeniem przysłuchiwali się słowom nauczycielki.
— Dotychczas mieliście pecha do nauczycieli tego przedmiotu — powiedziała wznawiając wędrówkę po klasie. — Pierwszy rok: profesor Quirrell. W sumie był całkiem porządny, gdyby nie to, że dał się omamić Voldemortowi.
Harry spojrzał na nauczycielkę uważniej. Niewiele osób nie bało się wymawiać imienia Voldemorta. Może rzeczywiście w końcu trafili na kompetentną czarownicę. Lepiej późno niż wcale, pomyślał.
— Druga klasa: Lockhart. Szczerze mówiąc nie nauczył was niczego konkretnego. Teraz jest stałym pacjentem oddziału w Mungu. Cóż, zdarza się — skwitowała. — Trzecia klasa: Remus Lupin. Za bardzo skupił się na stworzeniach czarno magicznych, aniżeli na samej obronie przed zaklęciami. Czwarta klasa...
— Lupin był wilkołakiem — syknął Malfoy, jednak na tyle głośno, że wszyscy go usłyszeli.
— Nie sądziłam, że aż tak interesuje pana życie osobiste nauczycieli — odpowiedziała spokojnie, zatrzymując się przed ławką chłopaka. — Czy jeszcze chciałby się pan czymś z nami podzielić?
— Nie widzę takiej potrzeby — powiedział zimno, patrząc Rachel wyzywająco w oczy.
— Ja również — stwierdziła. — Tak więc jak mówiłam, zanim mi przerwano, w czwartej klasie poznaliście dokładnie Zaklęcia Niewybaczalne. Uczył ich was śmierciożerca, więc jestem przekonana, że jesteście z nimi doskonale zapoznani. Niemniej jednak w tym roku jeszcze je sobie przypomnimy.
Hermiona Granger podniosła rękę.
— Słucham panno...
— Granger. Hermiona Granger.
— Proszę więc mówić, panno Granger.
— Powiedziała pani — zaczęła — że w tym roku przypomnimy sobie Zaklęcia Niewybaczalne. Kobieta kiwnęła głową, więc ciągnęła dalej. — Czy to znaczy, że pani też będzie rzucała na nas Imperio?
— Nie wydaje mi się żeby to było konieczne — powiedziała powoli, zauważając jak na twarzach uczniów pojawia się ulga, kilkoro z nich głośno odetchnęło i wygodniej usiadło na krześle. — Test pisemny w zupełności wystarczy — dodała, a przez klasę przetoczył się jęk niezadowolenia. Tylko Hermiona wyglądała na szczęśliwą.
— Wyciągnijcie teraz pióra i pergaminy — zarządziła Rachel Furmage siadając za biurkiem. — W tym roku czekają was SUM—y, a z wiedzą, jaką teraz dysponujecie nie macie szansy oczekiwać czegoś więcej niż zadowalający. W pierwszym semestrze poznacie dwa zaklęcia, które bardzo często pojawiają się na egzaminie z Obrony przed Czarną Magią. Pierwsze z nich to Ekspulso. I to nim zajmiemy się najpierw. Drugim zaklęciem jest Oppungo. Na każde z nich przeznaczymy trzy lekcję. Gdy zakończymy je omawiać odbędzie się sprawdzian praktyczny i teoretyczny. Przez pozostały czas będziemy przypominali sobie zaklęcia z poprzednich lat. Ewentualnie uzupełnimy braki. Czy to wszystko jest dla was zrozumiałe? — Zapytała, gdy skrobanie piór po pergaminach ustało. Odpowiedziały jej niewyraźne pomruki. — Uznam to za odpowiedź twierdzącą — stwierdziła. — Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?
— Ja mam — nieśmiało odezwał się Neville. — Czy będzie można poprawić ocenę ze sprawdzianu?
— Teoretycznego czy praktycznego?
— Z obu — wymamrotał chłopak.
— Tak, panie Longbottom. Dopuszczam możliwość poprawy. Oczywiście tylko jeden raz — podkreśliła nauczycielka, wstając za biurka i podchodząc do tablicy. — Jeśli to wszystkie pytania, to przejdźmy do lekcji. Z pewnością już zauważyliście, że każdy z was dysponuje inną mocą. Wciąż trwają badania, dlaczego tak się dzieje. Bardzo prawdopodobne jest, że chodzi tu o uwarunkowania genetyczne. Tak więc, jeśli w waszej rodzinie byli potężni czarodzieje, to wy również tacy będziecie. Natomiast...
— Chyba, że jest się szlamą — odezwał się nagle drwiący głos z końca sali.
— Kto to powiedział? — Zapytała Rachel, gwałtownie odwracając się od tablicy, na której za pomocą różdżki, rysowała jakiś schemat. Odpowiedziała jej cisza. — Zapytałam, kto to powiedział — powtórzyła. W sali słychać było tylko głośne oddechy uczniów i szuranie butów nauczycielki, gdy powoli szła na środek klasy. — Nie będę tolerowała na moich lekcjach określeń typu „szlama” — powiedziała stanowczo. — Nie ma czegoś takiego jak czysta czy brudna krew. Żadne z was nie jest lepsze tylko dlatego, że urodziło się w rodzinie o arystokratycznych korzeniach. Porównywać możecie się ocenami i przykładnym zachowaniem. Niczym innym. Mam rację panie Malfoy? — Zapytała, zatrzymując się przed jego ławką.
— Przecież to nie on! — Krzyknęła znienacka siedząca za nim dziewczyna. Miała czarne, sięgające za uszy włosy i lekko spłaszczoną, bladą twarz.
— Jak się nazywasz?
— Pansy Parkinson — fuknęła, ale widząc uniesione brwi nauczycielki, dodała pokornie — pani profesor.
— A więc panno Parkinson, czegóż to pan Malfoy nie zrobił?
— To nie on powiedział wtedy o tej szlamie.
— W takim razie, kto?
— Potter! — Wypaliła.
— Ja?! — Krzyknął Harry. — Przecież to nieprawda! Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział!
— Właśnie! — Jednocześnie odezwali się Ron i Hermiona.
— Ależ oczywiście, że byś powiedział! — Pisnęła Pansy.
— Uspokójcie się w tej chwili — warknęła Rachel Furmage. — Chcesz mi powiedzieć — zwróciła się do Parkinson — że pan Potter siedząc w pierwszej ławce, mówiłby takie rzeczy?
— On nigdy nie był zbyt bystry — stwierdziła ślizgonka.
Widząc, że Harry otwiera usta, żeby zaprotestować, ruchem ręki nakazała mu milczeć.
— W ten sposób nie dojdziemy do prawdy — powiedziała i ponownie zajęła miejsce za biurkiem. — Więc albo do końca lekcji przyzna się osoba, która to powiedziała, albo oba domy stracą punkty — oznajmiła.
Reszta lekcji przebiegła w spokojnej atmosferze. Co prawda uczniowie z domu Salazara Slytherina nie wydawali się być zainteresowani tematem, ale przynajmniej nie przeszkadzali.
— Postanowił się ktoś wreszcie przyznać? — Zapytała Rachel pięć minut przed końcem zajęć, nie odrywając wzroku od pergaminu, na którym coś szybko pisała. Gdy cisza w klasie się przedłużała, kobieta podniosła głowę i omiotła uczniów spojrzeniem. Gryfoni patrzyli oskarżycielsko na ślizgonów, co wydawało się nie robić na nich większego wrażenia. Przeciwnie, wyglądali jakby ta cała sytuacja ich bawiła.
— Wydaje mi się, że nie — podsumowała. — W takim razie Gryffindor i Slytherin tracą po dwadzieścia punktów za wzajemne obrażanie się.
Nikt nie zareagował. Atmosfera wydawała się gęstnieć, a powietrze wibrować od powstrzymywanego gniewu. I wtedy to się stało. Malfoy i Potter jednocześnie wyciągnęli różdżki i skierowali je na siebie. Zanim Rachel zdążyła zareagować, ślizgon posłał Harry’ego na ścianę.
— Expelliarmus! — Krzyknął Potter, błyskawicznie podnosząc się z podłogi.
— Protego!
— Tarantallegra!
Zaklęcie minęło Malfoy’a o cal, rozbijając szybę. Kawałki szkła rozprysły się po klasie.
— Wystarczy! Incarcerous!
Grube sznury błyskawicznie oplotły Harry’ego i Dracona. Nauczycielka podeszła szybko do okna, naprawiając je prostym Reparo.
— Macie się w tej chwili wytłumaczyć! — Rozkazała odwracając się w ich stronę.
Chłopcy nadal byli związani. Potter miał potłuczone okulary, a ślizgon prawdopodobnie złamany nos, z którego sączyła się krew. Większość ławek była poprzewracana, a pozostali uczniowie stali pod ścianą, bojąc się cokolwiek powiedzieć, by jeszcze bardziej nie rozzłościć kobiety. Gdy zadzwonił dzwonek* wszyscy odetchnęli z nieukrywaną ulgą.
— Koniec lekcji — zakomunikowała Rachel. — Możecie iść. Oczywiście Potter i Malfoy zostają — zastrzegła, patrząc na nich ze złością. Kiedy klasa opustoszała, nie spiesząc się podeszła do biurka i starannie ułożyła papiery. Później dokładnie starła tablicę i po paru minutach wreszcie zbliżyła się do skrępowanych chłopców.
— Finite — powiedziała, wskazując różdżką na oplatające ich sznury, które natychmiast znikły. Harry zaczął rozcierać sobie obolałe ramiona, natomiast Draco stał wyprostowany jak świeca i patrzył na nauczycielkę z pogardą. — Czy możecie mi łaskawie powiedzieć, co w was wstąpiło? — Spytała pozornie spokojnym głosem.
— To Potter zaczął — bez wahania stwierdził ślizgon.
— Pan pierwszy rzucił zaklęcie, panie Malfoy.
— Ale on mnie sprowokował — odparował.
— Ciekawe jak — zadrwił Harry. — Nawet się do ciebie nie odezwałem.
Malfoy przez chwilę wyglądał jakby zamierzał się rzucić na chłopaka, ale po chwili się uspokoił i opierając się ręką o ławkę, sarknął:
— Nie musisz się odzywać. Wystarczy, że cię widzę Bliznowaty.
— Głupia fretka!
— Dosyć — ucięła Rachel. — Wasze dzisiejsze zachowanie było skandaliczne, a w dodatku niczym nie uzasadnione. Macie piętnaście lat, a zachowujecie się jak małe dzieci. Jeśli taka sytuacja się powtórzy, będę zmuszona zawiadomić o tym profesora Snape’a i profesor McGonagall.
— Chciałbym to zobaczyć — wymamrotał pod nosem Draco.
— Więc niech pan robi tak dalej, panie Malfoy, a zapewniam, że pan zobaczy — syknęła. — Póki co macie tygodniowy szlaban z woźnym Filchem. Mam nadzieję, że to was czegoś nauczy.
Chłopcy widząc, że nauczycielka skończyła, bez słowa skierowali się do drzwi.

*Tadeusz Różewicz "Głosy"

* Wiem, że w Hogwarcie nie działały urządzenia mugoli, ale z tego co pamiętam Rowling nie wspomniała czy koniec lekcji jest tam w jakiś sposób określany. Pozwoliłam więc sobie przyjąć, że działa tam coś na kształt szkolnego dzwonka.

Komentarze karmią wena!

KTO CHCE BYĆ POWIADAMIANY O NOWYCH NOTKACH, NIECH SIĘ WPISZE DO KSIĘGI GOŚCI.

Dodaj komentarz



20 komentarzy

:: piątek, 10 października 2008 20:28:47
77.254.135.222

Witam . przyznaje się, że jestem tu po raz pierwszy . Bardzo urzekł mnie twój szablon ;].

A co do notki :
To rzeczywiście wiersz Różewicza ale nie 'ocalony ' lecz ' głosy '
Opowiadanie : cóż czytało mi się dobrze, możesz popracować na niewyszczególnianiu szczegółów. Tekst spójny i ciekawy. I co najlepsze nie ma błędów jakie niektórzy popełniają co naprawdę zniechęca do czytania . spisuję się do księgi i pozdrawiam oraz zapraszam do mnie .

:: niedziela, 12 października 2008 20:23:40
Adres ukryty

Śliczny blog :)
Zapraszam do ogladania i komentowania u mnie ;**

:: wtorek, 14 października 2008 16:29:55
Adres ukryty

Jeśli chcesz, abyśmy obniżyły Twoją samoocenę, zrównały Twą twórczość artystyczną z ziemią i ogólnie wystawiły ocenę bezwzględną i bardzo subiektywną, zgłoś się! Nie no, spokojnie, ja i moje alter ego nie będziemy aż tak brutalne, teraz właśnie ujawniają się nasze skłonności do przesady, ale nie przejmuj się.

:: środa, 5 listopada 2008 20:55:59
Adres ukryty

Chcesz aby więcej osób odwiedzało Twojego bloga?  Pragniesz, by inni Cię zauważyli? Szybka, bezpłatna reklama. Zapraszamy!6

specialis-revelio specialis-revelio :: środa, 5 listopada 2008 21:09:14
Adres ukryty

Sprawiedliwą ocenę?





Szablon wykonany przez Navien
Grafika Annika von Holdt


odwiedzin







Księga Gości

*Dopisz*
*Podziwiaj*















Ulubieni