Siłę człowieka mierzy się ilością jego nieprzyjaciół. >> środa, 20 sierpnia 2008 13:36:05
Było tyle słów obojętnych
i ostrych
i na twarzach tylko grymas
dzień
teraz trudniej nam przeżyć
niż naszym rodzicom
przerażenie i rozdarcie
chłeptanie życia gorączkowe
strąceni niedojrzali
z otwartymi ustami
ociekamy krwią
I nie było pory rozkwitania.*
W pomieszczeniu było duszno, wręcz parno. Gęste, nieruchome powietrze oklejało usta i tamowało oddech jak wata. Zamknięte okna, zostały przesłonięte ciężkimi kotarami, które nie przepuszczały słońca. Za jedyne oświetlenie służyły świece, wiszące w kandelabrach na ścianach. Trzy rzędy starych, drewnianych ławek i krzeseł zostały ustawione na środku klasy. Tuż przy nagich ścianach stały regały z książkami. Grube tomiszcze chwiały się niebezpiecznie nad krawędzią, jakby w niemym pytaniu:
spaść teraz czy jeszcze poczekać? Na ciemnej podłodze iskrzyły drobinki kurzu, wzbijane w powietrze przez przechadzającą się nauczycielkę.
— Mrocznej Magii nie można posiąść, a później tak po prostu się od niej odwrócić — mówił spokojny, melodyjny głos. — Wielu już próbowało i nie wyszli na tym najlepiej. Bo Czarną Magię można porównać do wili. Najpierw cię omami... a później zniszczy.
Przez klasę przeszedł szmer. Rachel zlustrowała dokładnie twarze uczniów. Kilkoro gryfonów lekko się przygarbiło, rzucając dokoła zlęknione spojrzenia, jakby w obawie, że wila vel czarna magia nagle wejdzie do klasy i ich pozabija. Zwłaszcza ten pucołowaty chłopiec, Neville Longbottom, wydawał się być przerażony. Natomiast większość ślizgonów wyglądała, jak gdyby o czarnej magii wiedzieli wszystko i ze znudzeniem przysłuchiwali się słowom nauczycielki.
— Dotychczas mieliście pecha do nauczycieli tego przedmiotu — powiedziała wznawiając wędrówkę po klasie. — Pierwszy rok: profesor Quirrell. W sumie był całkiem porządny, gdyby nie to, że dał się omamić Voldemortowi.
Harry spojrzał na nauczycielkę uważniej. Niewiele osób nie bało się wymawiać imienia Voldemorta. Może rzeczywiście w końcu trafili na kompetentną czarownicę. Lepiej późno niż wcale, pomyślał.
— Druga klasa: Lockhart. Szczerze mówiąc nie nauczył was niczego konkretnego. Teraz jest stałym pacjentem oddziału w Mungu. Cóż, zdarza się — skwitowała. — Trzecia klasa: Remus Lupin. Za bardzo skupił się na stworzeniach czarno magicznych, aniżeli na samej obronie przed zaklęciami. Czwarta klasa...
— Lupin był wilkołakiem — syknął Malfoy, jednak na tyle głośno, że wszyscy go usłyszeli.
— Nie sądziłam, że aż tak interesuje pana życie osobiste nauczycieli — odpowiedziała spokojnie, zatrzymując się przed ławką chłopaka. — Czy jeszcze chciałby się pan czymś z nami podzielić?
— Nie widzę takiej potrzeby — powiedział zimno, patrząc Rachel wyzywająco w oczy.
— Ja również — stwierdziła. — Tak więc jak mówiłam, zanim mi przerwano, w czwartej klasie poznaliście dokładnie Zaklęcia Niewybaczalne. Uczył ich was śmierciożerca, więc jestem przekonana, że jesteście z nimi doskonale zapoznani. Niemniej jednak w tym roku jeszcze je sobie przypomnimy.
Hermiona Granger podniosła rękę.
— Słucham panno...
— Granger. Hermiona Granger.
— Proszę więc mówić, panno Granger.
— Powiedziała pani — zaczęła — że w tym roku przypomnimy sobie Zaklęcia Niewybaczalne. Kobieta kiwnęła głową, więc ciągnęła dalej. — Czy to znaczy, że pani też będzie rzucała na nas
Imperio?
— Nie wydaje mi się żeby to było konieczne — powiedziała powoli, zauważając jak na twarzach uczniów pojawia się ulga, kilkoro z nich głośno odetchnęło i wygodniej usiadło na krześle. — Test pisemny w zupełności wystarczy — dodała, a przez klasę przetoczył się jęk niezadowolenia. Tylko Hermiona wyglądała na szczęśliwą.
— Wyciągnijcie teraz pióra i pergaminy — zarządziła Rachel Furmage siadając za biurkiem. — W tym roku czekają was SUM—y, a z wiedzą, jaką teraz dysponujecie nie macie szansy oczekiwać czegoś więcej niż
zadowalający. W pierwszym semestrze poznacie dwa zaklęcia, które bardzo często pojawiają się na egzaminie z Obrony przed Czarną Magią. Pierwsze z nich to
Ekspulso. I to nim zajmiemy się najpierw. Drugim zaklęciem jest
Oppungo. Na każde z nich przeznaczymy trzy lekcję. Gdy zakończymy je omawiać odbędzie się sprawdzian praktyczny i teoretyczny. Przez pozostały czas będziemy przypominali sobie zaklęcia z poprzednich lat. Ewentualnie uzupełnimy braki. Czy to wszystko jest dla was zrozumiałe? — Zapytała, gdy skrobanie piór po pergaminach ustało. Odpowiedziały jej niewyraźne pomruki. — Uznam to za odpowiedź twierdzącą — stwierdziła. — Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?
— Ja mam — nieśmiało odezwał się Neville. — Czy będzie można poprawić ocenę ze sprawdzianu?
— Teoretycznego czy praktycznego?
— Z obu — wymamrotał chłopak.
— Tak, panie Longbottom. Dopuszczam możliwość poprawy. Oczywiście tylko jeden raz — podkreśliła nauczycielka, wstając za biurka i podchodząc do tablicy. — Jeśli to wszystkie pytania, to przejdźmy do lekcji. Z pewnością już zauważyliście, że każdy z was dysponuje inną mocą. Wciąż trwają badania, dlaczego tak się dzieje. Bardzo prawdopodobne jest, że chodzi tu o uwarunkowania genetyczne. Tak więc, jeśli w waszej rodzinie byli potężni czarodzieje, to wy również tacy będziecie. Natomiast...
— Chyba, że jest się szlamą — odezwał się nagle drwiący głos z końca sali.
— Kto to powiedział? — Zapytała Rachel, gwałtownie odwracając się od tablicy, na której za pomocą różdżki, rysowała jakiś schemat. Odpowiedziała jej cisza. — Zapytałam, kto to powiedział — powtórzyła. W sali słychać było tylko głośne oddechy uczniów i szuranie butów nauczycielki, gdy powoli szła na środek klasy. — Nie będę tolerowała na moich lekcjach określeń typu „szlama” — powiedziała stanowczo. — Nie ma czegoś takiego jak czysta czy brudna krew. Żadne z was nie jest lepsze tylko dlatego, że urodziło się w rodzinie o arystokratycznych korzeniach. Porównywać możecie się ocenami i przykładnym zachowaniem. Niczym innym. Mam rację panie Malfoy? — Zapytała, zatrzymując się przed jego ławką.
— Przecież to nie on! — Krzyknęła znienacka siedząca za nim dziewczyna. Miała czarne, sięgające za uszy włosy i lekko spłaszczoną, bladą twarz.
— Jak się nazywasz?
— Pansy Parkinson — fuknęła, ale widząc uniesione brwi nauczycielki, dodała pokornie — pani profesor.
— A więc panno Parkinson, czegóż to pan Malfoy nie zrobił?
— To nie on powiedział wtedy o tej szlamie.
— W takim razie, kto?
— Potter! — Wypaliła.
— Ja?! — Krzyknął Harry. — Przecież to nieprawda! Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział!
— Właśnie! — Jednocześnie odezwali się Ron i Hermiona.
— Ależ oczywiście, że byś powiedział! — Pisnęła Pansy.
— Uspokójcie się w tej chwili — warknęła Rachel Furmage. — Chcesz mi powiedzieć — zwróciła się do Parkinson — że pan Potter siedząc w pierwszej ławce, mówiłby takie rzeczy?
— On nigdy nie był zbyt bystry — stwierdziła ślizgonka.
Widząc, że Harry otwiera usta, żeby zaprotestować, ruchem ręki nakazała mu milczeć.
— W ten sposób nie dojdziemy do prawdy — powiedziała i ponownie zajęła miejsce za biurkiem. — Więc albo do końca lekcji przyzna się osoba, która to powiedziała, albo oba domy stracą punkty — oznajmiła.
Reszta lekcji przebiegła w spokojnej atmosferze. Co prawda uczniowie z domu Salazara Slytherina nie wydawali się być zainteresowani tematem, ale przynajmniej nie przeszkadzali.
— Postanowił się ktoś wreszcie przyznać? — Zapytała Rachel pięć minut przed końcem zajęć, nie odrywając wzroku od pergaminu, na którym coś szybko pisała. Gdy cisza w klasie się przedłużała, kobieta podniosła głowę i omiotła uczniów spojrzeniem. Gryfoni patrzyli oskarżycielsko na ślizgonów, co wydawało się nie robić na nich większego wrażenia. Przeciwnie, wyglądali jakby ta cała sytuacja ich bawiła.
— Wydaje mi się, że nie — podsumowała. — W takim razie Gryffindor i Slytherin tracą po dwadzieścia punktów za wzajemne obrażanie się.
Nikt nie zareagował. Atmosfera wydawała się gęstnieć, a powietrze wibrować od powstrzymywanego gniewu. I wtedy to się stało. Malfoy i Potter jednocześnie wyciągnęli różdżki i skierowali je na siebie. Zanim Rachel zdążyła zareagować, ślizgon posłał Harry’ego na ścianę.
— Expelliarmus! — Krzyknął Potter, błyskawicznie podnosząc się z podłogi.
— Protego!
— Tarantallegra!
Zaklęcie minęło Malfoy’a o cal, rozbijając szybę. Kawałki szkła rozprysły się po klasie.
— Wystarczy! Incarcerous!
Grube sznury błyskawicznie oplotły Harry’ego i Dracona. Nauczycielka podeszła szybko do okna, naprawiając je prostym
Reparo.
— Macie się w tej chwili wytłumaczyć! — Rozkazała odwracając się w ich stronę.
Chłopcy nadal byli związani. Potter miał potłuczone okulary, a ślizgon prawdopodobnie złamany nos, z którego sączyła się krew. Większość ławek była poprzewracana, a pozostali uczniowie stali pod ścianą, bojąc się cokolwiek powiedzieć, by jeszcze bardziej nie rozzłościć kobiety. Gdy zadzwonił dzwonek* wszyscy odetchnęli z nieukrywaną ulgą.
— Koniec lekcji — zakomunikowała Rachel. — Możecie iść. Oczywiście Potter i Malfoy zostają — zastrzegła, patrząc na nich ze złością. Kiedy klasa opustoszała, nie spiesząc się podeszła do biurka i starannie ułożyła papiery. Później dokładnie starła tablicę i po paru minutach wreszcie zbliżyła się do skrępowanych chłopców.
— Finite — powiedziała, wskazując różdżką na oplatające ich sznury, które natychmiast znikły. Harry zaczął rozcierać sobie obolałe ramiona, natomiast Draco stał wyprostowany jak świeca i patrzył na nauczycielkę z pogardą. — Czy możecie mi łaskawie powiedzieć, co w was wstąpiło? — Spytała pozornie spokojnym głosem.
— To Potter zaczął — bez wahania stwierdził ślizgon.
— Pan pierwszy rzucił zaklęcie, panie Malfoy.
— Ale on mnie sprowokował — odparował.
— Ciekawe jak — zadrwił Harry. — Nawet się do ciebie nie odezwałem.
Malfoy przez chwilę wyglądał jakby zamierzał się rzucić na chłopaka, ale po chwili się uspokoił i opierając się ręką o ławkę, sarknął:
— Nie musisz się odzywać. Wystarczy, że cię widzę Bliznowaty.
— Głupia fretka!
— Dosyć — ucięła Rachel. — Wasze dzisiejsze zachowanie było skandaliczne, a w dodatku niczym nie uzasadnione. Macie piętnaście lat, a zachowujecie się jak małe dzieci. Jeśli taka sytuacja się powtórzy, będę zmuszona zawiadomić o tym profesora Snape’a i profesor McGonagall.
— Chciałbym to zobaczyć — wymamrotał pod nosem Draco.
— Więc niech pan robi tak dalej, panie Malfoy, a zapewniam, że pan zobaczy — syknęła. — Póki co macie tygodniowy szlaban z woźnym Filchem. Mam nadzieję, że to was czegoś nauczy.
Chłopcy widząc, że nauczycielka skończyła, bez słowa skierowali się do drzwi.
*Tadeusz Różewicz "Głosy"
* Wiem, że w Hogwarcie nie działały urządzenia mugoli, ale z tego co pamiętam Rowling nie wspomniała czy koniec lekcji jest tam w jakiś sposób określany. Pozwoliłam więc sobie przyjąć, że działa tam coś na kształt szkolnego dzwonka.
Komentarze karmią wena!
KTO CHCE BYĆ POWIADAMIANY O NOWYCH NOTKACH, NIECH SIĘ WPISZE DO KSIĘGI GOŚCI.
komentarze [20]Życie jest bezlitosną komedią. Na tym właśnie polega jego tragizm. >> wtorek, 1 lipica 2008 14:39:29
Zimnego przebudzenia dreszcze powracają
Wspomnienie tych chwil nie daje żyć
Ich wciąż widzę
Ich krzyk słyszę znów
Patrzę, patrzę w swoje oczy, oczy zdrajcy, oczy wroga
Nawet płakać już nie mogę*
Poranne słońce ukazało się na blado błękitnym niebie. Uśmiechając się ciepło, wyciągnęło ku ziemi ręce, jakby chcąc ją uściskać. Powoli przywitało się z trawą, która zrzuciła swe nocne łzy i teraz kusiła soczystą zielenią. Później słońce delikatnie ucałowało kwiaty, a one pod wpływem tej pieszczoty rozchyliły płatki, rozsiewając wokół swój słodki zapach. Drzewa zaszumiały cicho, gdy złote promyki dotarły do ich koron, przesyłając pozdrowienia zarówno młodszym, żywiołowym listkom, jak i dorosłym, dystyngowanym liściom. Kiedy już przyroda przebudziła się ze snu, słońce uśmiechnęło się jeszcze szerzej, a jego uśmiech zajaśniał na szybach ogromnego zamczyska.
Jeden zbłąkany promyk próbował przedostać się przez ciężkie zasłony do czyjejś sypialni. Kiedy wreszcie mu się to udało w ciemnym dotychczas pokoju nastała jasność. Groźne cienie pierzchły szybko z powrotem do kątów, w których będą czekały na wieczór, by na nowo siać postrach w pomieszczeniu. Zatarte przez noc kontury przedmiotów, odzyskały ostrość i stały zupełnie obojętne na to, co się wokół nich dzieje.
Smuga światła padła kobietę leżącą na łóżku. Niepośpiesznie prześlizgnęła się po wysokim czole i prostych, brązowych włosach, na noc związanych w warkocz. Zamknięte oczy zacisnęły się, gdy dostało się do nich ostre światło, więc promyk czym prędzej przesunął się nieco w dół, świecąc na zadarty nos i jasnoróżowe, lekko rozchylone usta. Pociągła twarz kobiety sprawiała wrażenie zupełnie zrelaksowanej, jedynie nienaturalna bladość skóry i płytki oddech wskazywały, że śni koszmary. W pewnym momencie niespodziewanie uchyliła powieki i zaspane zielone oczy spojrzały w sufit, pod którym wisiały, jak na niewidzialnej linie cztery świece. Nagle na nos kapnęła jej kropla wosku. Co jest? - pomyślała i szybko wstała z łóżka. Chwyciła leżącą pod poduszką różdżkę i zaklęciem sprowadziła świece na dół. Wyglądały, jakby paliły się całą noc. Knot każdej z nich był do połowy zwęglony, a kapiący wosk utworzył już ciekawy wzór na jej prześcieradle. Rachel była przekonana, że to nie ona je zapaliła.
- Może zaklęcie konserwujące się zużyło – powiedziała w zamyśleniu, a po chwili wyszeptała Incedio! i po świecach pozostał tylko roztopiony wosk. Cokolwiek sprawiło, że w założeniu nowe świece były wypalone, należało już do przeszłości.
Kobieta podeszła do wysokiej, dębowej szafy i wyciągnęła z niej czarną szatę o ciemnozielonym podszyciu i buty na nie wysokim obcasie. Kiedy już się umyła i ubrała, spojrzała na swój dzisiejszy plan lekcji. Za godzinę miała poprowadzić pierwsze zajęcia z piątym rokiem Gryffindoru i Slytherinu.
- Gryfoni i Ślizgoni w jednej sali – pokręciła zniechęcona głową. Chociaż – powiedziała po chwili – to może być interesujące.
Już za czasów, kiedy ona uczęszczała do Hogwartu, istniała rywalizacja między tymi domami. I nie było to normalne współzawodnictwo o Puchar Domów czy Quidditcha. Przybierało raczej formę walki, zapoczątkowanej jeszcze przez Godryka i Salazara.
Dyrektor układając w ten sposób plan lekcji miał pewnie nadzieję, że możliwa będzie integracja uczniów, którzy dotychczas nie pałali do siebie sympatią. Może idea sama w sobie jest dobra, ale to nauczyciele będą musieli się starać, żeby w czasie lekcji nie doszło do bójki, a nie Dumbledore.
Rachel usłyszała gwar rozmów i kroki uczniów spieszących się na śniadanie do Wielkiej Sali. W zamierzeniu dzisiaj chciała pozostać w kwaterach, wychodząc jedynie na lekcję. Głośne burczenie w brzuchu okazało się jednak przekonujące i już po chwili szła korytarzem, kuszona zapachem tostów i ciepłej herbaty. Chcąc zdążyć przed zajęciami wstąpić jeszcze do biblioteki po potrzebne jej książki, przyspieszyła i... wpadła na Severusa Snape’a. Zachwiała się od siły uderzenia i byłaby upadła, gdyby nie przytrzymały ją silne dłonie mężczyzny. Gdy odzyskała równowagę, natychmiast ją puścił, nie odsunął się jednak. Stał tak blisko, że dokładnie widziała jego czarne oczy, którymi niemal, prześwietlał na wylot. Kobieta dla pewności zamknęła swój umysł, bojąc się, że Snape może próbować na niej leglimencji. Ale on nie uczynił nawet najmniejszej próby dostania się do jej myśli. Po prostu stał i patrzył, a po chwili jego usta wygięły się w ironicznym uśmiechu.
- Czyżby była pani rozkojarzona? To dość niebezpieczne, kiedy wykonuje się taką pracę – powiedział złośliwie.
- Nie musi się pan tak o mnie martwić, profesorze. Jestem już dużą dziewczynką i dam sobie radę – odpowiedziała zauważając, że mięsień pod okiem Snape’a zadrgał nerwowo.
Chciała już odejść do Wielkiej Sali, ale wtedy on pochylił się nad nią i warknął:
- Gdyby rzeczywiście było tak, jak mówisz, to nigdy nie przyjęłabyś tej posady.
Widząc niezrozumienie w oczach kobiety wyprostował się z wyrazem zdziwienia na twarzy.
- Doprawdy, jak można komuś tak niedouczonemu, powierzyć jakiekolwiek stanowisko.
W Rachel zawrzało. Jakim prawem ten neurotyk robi z niej jakąś niedorozwiniętą pannę? Chyba, że jemu chodzi o to, by ją sprowokować. Wtedy Dumbledore miałby powód do zwolnienia jej z pracy. Niedoczekanie twoje Snape - pomyślała. Zamiast wyciągnąć różdżkę i rzucić na mężczyznę jakieś zaklęcie, skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała na niego.
- Więc mnie oświeć. Co takiego jest niebezpiecznego w pracy, której się podjęłam – żachnęła się.
Na korytarzu, w którym stali był spory ruch. Ale dopiero, kiedy koło nich przeszła hałaśliwa grupa trzeciorocznych Gryfonów z zaciekawieniem, przyglądających się dwójce nauczycieli, Mistrz Eliksirów zdenerwowany, złapał Rachel za ramię i skierował ku pustej sali.
- Tutaj będziemy mogli spokojnie porozmawiać – powiedział zamykając drzwi i wyciszając pomieszczenie zaklęciem. – Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś z rodziny Furmage może być tak bezmyślny jak ty...
- Moja rodzina nie ma tu nic do rzeczy! – przerwała mu ostro.
- Ale widocznie się myliłem – ciągnął dalej nie zważając na oburzenie malujące się na jej twarzy. - Tak się składa, że miałem okazję poznać twoją matkę. Ojca nie zdążyłem... Umarł dość młodo, nieprawdaż?
Mężczyzna chodził po klasie zupełnie, jak podczas prowadzonych przez siebie lekcji. Zatrzymał się przed Rachel i uśmiechnął kpiąco.
- Jesteś sierotą.
- Nigdy bym się nie domyśliła - syknęła. - Widzisz Snape ja też wiem, co nie co o twoich rodzicach.
- Kłamiesz. Nigdy nie poznałaś nikogo z mojej rodziny – powiedział sucho, wznawiając wędrówkę po klasie.
- Cóż, w tym jednym się z tobą zgodzę. Nie znam nikogo ze Snape’ów.
Severus się zatrzymał i popatrzył na kobietę kpiąco.
- Ale ludzie potrafią być bardzo pomocni – powiedziała znienacka - zwłaszcza jeśli w grę wchodzą pieniądze. I tym sposobem wiem na przykład, że twój ojciec był mugolem o wyjątkowym zamiłowaniu do stosowania przemocy.
Mężczyzna zatrzymał się nagle przy oknie, wychodzącym na chatkę Hagrida. Odwrócił się powoli w jej stronę z wściekłością wymalowaną na twarzy.
- Ty... – zaczął niebezpiecznie niskim głosem, podchodząc do Rachel, kiedy nagle usłyszeli Alohomora i drzwi się otworzyły.
W wejściu do sali stał Michael Corner, a tuż obok niego Ginny Weasley. Para trzymała się za ręce, ale gdy spostrzegli nauczycieli, natychmiast się puścili i zakłopotani spojrzeli w podłogę.
- My przepraszamy – wykrztusiła dziewczyna.
- Nie wiedzieliśmy, że ktoś tu jest – dorzucił Corner
Severus popatrzył na nich i mrużąc oczy, warknął:
- Gryffindor i Ravenclaw tracą przez was po piętnaście punktów za włamywanie się do klasy. I kolejne piętnaście za wałęsanie się po szkole, podczas gdy macie lekcję. Jutro macie szlaban z woźnym Filchem.
Ginny i Michael kiwnęli głowami, wyjąkali po raz kolejny przeprosiny i czym prędzej odeszli. Snape ponownie spojrzał na Rachel i już otworzył usta, by coś powiedzieć, kiedy uczniowie zaczęli tłumnie wychodzić z Wielkiej Sali. Kobieta zmieliła w ustach przekleństwo. Właśnie przegapiła śniadanie. Jeżeli nie chce spóźnić się na lekcję, musi natychmiast wyjść z tej sali. Mężczyzna stał przy drzwiach i żeby wydostać się z klasy, musi koło niego przejść.
- Wybierasz się gdzieś? – zapytał.
- Tak. Do sklepu kupić ci szampon – odgryzła się.
- Nie chcesz mieć we mnie wroga Furmage – powiedział patrząc w jej oczy. - A póki co jakoś nie pałam do ciebie sympatią.
- Nie bardzo mi zależy na tym, co do mnie czujesz. Widzę jednak, że nasza znajomość osiągnęła nowy etap, więc lepiej by było gdybyś mówił mi po imieniu, Severusie - stwierdziła, zręcznie wymijając mężczyznę i podchodząc do drzwi. – Do widzenia – dodała i po chwili w klasie, został tylko osłupiały Snape.
* Clostereller „Czekając na dzień”
Przepraszam za tak długo nieobecność, mam nadzieję, że ta część opowiadania, wszystko wam wynagrodzi.
Mam jeszcze prośbę. Jak widać z przecinkami u mnie nie najlepiej i jeżeli jakaś dobra duszyczka sprawdziłaby mi interpunkcję, to będę dozgonnie wdzięczna.
Prosiłabym też, aby każdy kto przeczyta tę notkę, napisał komentarz i wytknął mi, co mam jeszcze poprawić w mojej pisaninie. Wiadomo przecież, że KOMENTARZE KARMIĄ WENA.
komentarze [15]Mija czas i każdy z nas, choć ten sam jest już inny... >> sobota, 3 maja 2008 17:51:10
Szukam nauczyciela i mistrza
Niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
Niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
Niech oddzieli światło od ciemności*
– Co sądzicie o tej całej Furmage? – spytał Harry Hermionę i Rona, siedząc przy stole w Wielkiej Sali. Przed chwilą odbyło się przydzielanie pierwszorocznych i przedstawienie nowej nauczycielki przez Dumbledore’a.
– Wydaje się, że dużo wie o czarnej magii – odpowiedziała dziewczyna zerkając na stół nauczycielski.
– A mi się wydaje, że będziemy mieli Snape’a w spódnicy – powiedział Ron nakładając sobie kolejną porcję ziemniaków na talerz. – Tylko na nią popatrzcie: krzywi się jak Snape, patrzy na wszystko jak Snape. Brakuje jej tylko tłustych włosów i wielkiego nosa, a będą mogli podawać się za rodzeństwo.
– Nawet, jeśli tak będzie to i tak tylko przez rok. Żaden z nauczycieli Obrony Przed Czarną Magią nie dał rady klątwie, prawda? Wszyscy nie żyją, ale i tak lepiej będzie mieć na nią oko – rzekł Harry.
– Remus przeżył – mruknęła Hermiona, ale Potter tylko pokiwał głową i wrócił do obserwowania nauczycielki.
Siedząc przy długim stole w Wielkiej Sali, mając po swojej lewej stronie Severusa Snape’a, a po prawej Filiusa Flitwicka, Rachel Furmage rozejrzała się po pomieszczeniu. Na środku ogromnej komnaty, stały cztery suto zastawione stoły. Nad każdym z nich wisiało duże płótno i w zależności od tego, który blat należał, do którego domu miały barwy: żółtą, niebieską, zieloną lub bordową. Posadzka została wypolerowana przez skrzaty tak, że odbijała się w niej tarcza księżyca, który zawisł nad zaczarowanym sklepieniem Wielkiej Sali. Co jakiś czas przez pomieszczenie przelatywał duch, wywołując drgania płomieni świeć zawieszonych na ścianach w kandelabrach. Kilkoro pierwszorocznych nie przyzwyczajonych do widoku zjaw piszczało lub próbowało bronić się niedawno zakupionymi różdżkami. Jeden puchon zemdlał ze strachu, ale profesor Sprout i pani Pomfrey zaraz się nim zajęły. Furmage musiała przyznać, że była ciekawa Weasley’a, Granger i Pottera. Dużo o nich mówiono. Ale jak zdążyła się przekonać na sobie nie wszystko, co mówią ludzie, okazuje się prawdą. Cała trójka nie wyglądała nadzwyczajnie. Siedzieli przy stole jak wszyscy. Zauważyła też, że co chwilę zerkają na nią podejrzliwie. Cóż, nie mieli zbyt dobrych doświadczeń z poprzednimi nauczycielami jej przedmiotu. Naturalne, że są jej ciekawi, ale zaczęła ją irytować ta ciągła obserwacja. Postanowiła, że na pierwszej lekcji odejmie im kilka punktów. To powinno ich nauczyć, że jak chcą kogoś poznać to najlepiej z ukrycia. Inaczej płaci się za swoje czyny.
– Dobrze jest tu wrócić, prawda? – spytał w pewnej chwili Flitwick, patrząc na Rachel.
– Rzeczywiście – odpowiedziała nie spuszczając wzroku z trójki przyjaciół.
– Pamiętam, jak skończyłem Hogwart, ale tak długo czegoś mi brakowało, że postanowiłem wrócić. Oczywiście już nie jako uczeń, lecz nauczyciel. To okazał się strzał w dziesiątkę – mówił dalej niski mężczyzna. – A pani, z jakiego powodu wróciła? Zatęskniła pani za starymi śmieciami? Tym razem Rachel odwróciła się do niego twarzą
– W pewnym sensie. Pomyślałam, że dobrze będzie zobaczyć czy sprawdzę się jako nauczycielka.
– I dziwnym zbiegiem okoliczności dyrektor właśnie wtedy szukał kogoś na stanowisko Obrony Przed Czarną Magią, tak? – Do rozmowy włączył się Severus Snape, patrząc z krzywym uśmiechem na kobietę.
– Na to wygląda – odparła.
– Severusie wystarczy. Pani Furamge jest nowa i musimy ją ciepło przyjąć – powiedział Flitwick. – Może wygodniej byłoby zwracać się do siebie po imieniu. – Zaproponował podając rękę czarownicy. Jestem Filius
– Chętnie. A ja Rachel. – Uścisnęła mu dłoń, całkowicie ignorując Snape’a. – Przepraszam, ale jestem już zmęczona. Dobranoc – powiedziała.
– Dobranoc. Dobrze się wyśpij. Jutro twój pierwszy dzień pracy – odpowiedział wesoło nauczyciel.
– Tak jakbym nie wiedziała – mruknęła, ale niczego nie usłyszał.
Komnaty nauczycieli znajdowały się w pobliżu sal, w których przeprowadzali lekcje. Severus Snape mieszkał w lochach, Sybilla Trelawney na szczycie wieży północnej, Minerva McGonagall na pierwszym piętrze tak samo jak pani Hooch i profesor Sprout. Natomiast nowe mieszkanie Rachel znajdowało się na drugim piętrze. Żeby się tam dostać, trzeba było przejść przez szereg korytarzy, a do zwyczajnie wyglądającej ściany, wyszeptać hasło. Jeżeli było ono nieodpowiednie, specjalne zaklęcie powiadamiało kobietę a sznury, które również były skutkiem zaklęcia, zatrzymywały daną osobą aż do przybycia kobiety. Środków bezpieczeństwa nigdy za wiele, zwykł mawiać jej ojciec, a ona nawet po jego śmierci, żyła według tej zasady. Komnaty, które miały zastępować jej dom składały się z trzech pomieszczeń. Pokoju dziennego, sypialni i łazienki. W salonie, tuż przy drzwiach wejściowych, znajdował się kominek, a obok leżało pudełko z zielonym proszkiem fiuu. Nieco dalej stało mahoniowe biurko z wieloma szufladkami. W kącie pokoju był wygodny fotel z zieloną narzutą, a na zachodniej ścianie znajdowało się duże okno, które wychodziło na stadion Quidditcha. Na podłodze leżał puszysty dywan w ciemnozielone wzory. Aby dostać się do sypialni należało przejść przez ręcznie rzeźbione drzwi, które znajdowały się przy fotelu. Alkowa była największym pomieszczeniem. Ponad połowę pokoju zajmowało duże łóżko z ciemnozielonym baldachimem. Pod ścianą stała szafa na ubrania i mały stoliczek nocny. W poprzek pokoju leżał mały poprzecierany w kilku miejscach dywanik. W sypialni było niewielkie okno, które nie dawało zbyt wiele światła, ale gdyby kobieta chciała przeczytać coś przed snem, to nad łóżkiem wznosiły się cztery świece. Wystarczyło tylko dotknąć knota świecy różdżką by się zapalił. Łazienka była niewielkich rozmiarów. Naprzeciwko drzwi stała wanna o powykręcanych nóżkach. Po prawej stronie był sedes, a na lewej ścianie nad umywalką, wisiało duże lustro. W jej rodzinnym domu wszystko było urządzone ze smakiem. Każdy przedmiot miał swoje miejsce, a półek nie zaśmiecały nie potrzebne bibeloty. A tutaj, mimo że obramowania lustra nie były ze złota, jak u niej w domu, to czuć było przyjemną atmosferę. Jej kufry zostały już rozpakowane przez skrzaty. Rachel umyła się i przebrała w koszulę nocną. Filius miał rację. Jutro jej pierwszy dzień pracy i musi być wypoczęta.
* Tadeusz Różewicz „Ocalony”
Przepraszam, że tak krótko, ale ta notka to tylko zapoznanie was z Rachel. W następnych -akcja się rozwinie.
komentarze [14]Lękam się jednak utraty złudzeń, więc wolę pozostać w świecie marzeń. >> czwartek, 14 lutego 2008 11:42:37
Dworzec na King’s Cross był ponurym miejscem. Rzędy przytwierdzonych do ziemi niewygodnych krzeseł pokrywała warstwa brudu. Barierki były przeżarte rdzą, a w podłożu było wiele dziur. Cisza była tam zjawiskiem tak niespotykanym, że można było odnieść wrażenie, iż dworzec żyje swoim własnym życiem. Kiedy ludzie nie spieszyli się na pociąg, cichły telefony i wydawałoby się, że oczekiwany spokój już zapadł, zawsze coś go zakłócało. A to szalejący za oknami wicher, czasem popiskiwanie myszy, które za nic nie chciały zamieszkać gdzieś indziej.... Zwykle jednak wśród ogromu dźwięków, słyszalne było ciche szuranie miotły, za której pomocą stara Bridget Wenlock próbowała uprzątnąć perony. Od ponad trzydziestu lat była odpowiedzialna za porządek na dworcu. Kiedy zaczynała pracę prosiła o kogoś do pomocy. Szef jednak wydawał się być głuchym na jej starania. Teraz, gdy tylko kilka lat pozostało jej do emerytury przestała zwracać uwagę czy dobrze wykonuje swoją pracę czy też nie. Zresztą pensja była śmiesznie mała, a ludzie w zarządzie chyba uważali, że są zbyt wysoko postawieni, aby przejmować się takimi detalami, jak porządek na peronach. Dla nich ważne się tylko zyski. Od czasu do czasu, kiedy zasiadała w oknie i patrzyła poprzez matowe szyby na miasto zastanawiała się, dlaczego przyjęła tę pracę. Przecież miała wtedy dwadzieścia pięć lat. W tym wieku powinna szukać męża, a nie pracy. Cóż, pewnie gdyby to tylko od niej zależało, to teraz miałaby gromadkę dzieci, męża, kota i psa. Ale w życiu nie wszystko układa się tak jakbyśmy tego chcieli. Tak się, bowiem stało, że jej matka ciężko zachorowała. Nowotwór złośliwy — brzmiała diagnoza lekarzy. Zbyt późno rozpoznany, by były szanse na leczenie. Patrzyła, więc jak z dnia na dzień oczy jej mamy gasną, jak zapalona świeca pozostawiona na dworze mimo huraganu. Potrzebne były leki, aby złagodzić ból. Pieniędzy z renty wystarczało zaledwie na rachunki i jedzenie. Wówczas postanowiła podjąć się jakiejkolwiek pracy, żeby móc kupić środki, które choć na krótko złagodzą ból. W końcu zaproponowano jej posadę sprzątaczki na dworcu, a ona ją przyjęła. Wśród sąsiadów ten temat był numerem jeden, podczas towarzyskich spotkań. Oj tak. Ludzie potrafią być nieczuli na cierpienie innych. Wciąż pamięta te karcące spojrzenia, jakimi ją obrzucali. Według niektórych, dziewczyna z dobrego domu nie powinna była się zhańbić i podejmować pracy. To mężczyzna musi utrzymywać rodzinę, ale chyba wszystkim plotkarzom zasłonięto oczy, kiedy jej ojciec został potrącony na ulicy i zmarł na miejscu. Mimo wszystko sześć dni w tygodniu wstawała o szóstej rano i szła opustoszałą ulicą w stronę dworca na King’s Cross. To była syzyfowa praca. Ilekroć udało jej się zaprowadzić porządek na peronach na drugi dzień wszystko było z powrotem brudne. Często myślała, że ludzie robią to specjalnie. Przychodzą, aby naśmiecić i wracają do domu zaśmiewając się z wizji ile przysporzyli jej pracy. I chociaż czuła, że jej duma została urażona to wciąż przed oczami miała obraz umierającej matki i z determinacją brała miotłę i zaczynała zamiatać. Na szczęście pieniądze z pensji wystarczały na leki i lekarze wkrótce oznajmili, że wyniki badań histopatologicznych pokazały, że nie ma kolejnych przerzutów. Kiedy to usłyszała była szczęśliwa jak nigdy dotąd. Chciała śpiewać i tańczyć. Pragnęła, aby cały świat dowiedział się o jej szczęściu. Z jeszcze większym zapałem uprzątała dworzec czując, że to, co robi ma wpływ na polepszenie zdrowia jej mamy. Kiedy pewnego razu wróciła z pracy do domu, zastała mamę przy biurku, patrzącą z melancholią przez okno. Zaczynała mieć złe przeczucia. Uklęknęła wtedy przed krzesłem, na którym siedziała drobna, blada i całkowicie łysa kobieta. Ta spojrzała na nią i przemówiła głosem stanowczym jak nigdy dotąd.
— Ja umieram i nie zaprzeczaj, bo wiesz, że to prawda. Widzę jak zaharowujesz się, żeby były pieniądze na leki i naświetlania. Musisz przestać.
Na jej pociągłej, pokrytej siecią zmarszczek twarzy, widoczne były krople łez. Duże bladoniebieskie oczy były zaczerwienione, a usta zaciśnięte w wąską linię.
– Doceniam ile dla mnie poświęciłaś, chociaż wcale nie musiałaś, ale teraz to już koniec. Dla mnie nie ma ratunku, ale ty możesz jeszcze ułożyć sobie życie. Znajdź męża, urodź dzieci. Miej rodzinę.
Bridget patrzyła smutno na matkę, chwytając jej szczupłe, delikatne dłonie w swoje — szorstkie od ciężkiej pracy.
Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Przecież wyniki badań dawały nadzieję. Jeszcze wszystko się mogło ułożyć. Mama wyzdrowieje i znowu będą szczęśliwą rodziną. Mimo że tylko dwuosobową. Kiedy chciała to wszystko powiedzieć poczuła jak jej dłoń zostaje delikatnie ściśnięta, a po chwili miała wrażenie, że trzyma w rękach tylko powietrze. Uniosła głowę, a jej spojrzenie zatrzymało się na oczach jej mamy. Tak dużych, tak smutnych, tak... martwych. Drżącymi palcami dotknęła przegubu jej dłoni i wstrzymała oddech. Nie czuła pulsu. Krzyk zamarł jej w gardle, a z oczu popłynęły łzy, mocząc brązową bluzkę. Podniosła się z klęczek i jeszcze raz spojrzała na mamę. Siedziała przy biurku, dłonie złączone jak do modlitwy leżały na szarym kocu, którym była przykryta. Głowa delikatnie przechyliła się na bok, sprawiając wrażenie jakby kobieta się nad czymś zastanawiała. Oczy miała szeroko otwarte wpatrując się bezwiednie w jakiś punkt na ścianie. Usta rozchylone jak do uśmiechu. Nie pamięta, co się później działo. Chyba zaczęła krzyczeć, bo przybiegła jakaś sąsiadka i zadzwoniła po pogotowie. Po dwóch dniach odbył się pogrzeb, trzeciego wróciła do pracy. Chciała o nich zapomnieć... Pragnęła wymazać z pamięci obraz zmarłej matki. Nie chciała pamiętać odgłosu, który wydała trumna uderzając o ziemię. Po roku żyła prawie normalnie. Więcej jadła, nie snuła się już po kątach. Wtedy ludzie zaczęli mówić, że chyba nie kochała swojej matki, skoro tak szybko doszła do siebie. Czyżby nie wiedzieli, że od tamtej pory już nigdy się nie uśmiechnęła? Dlaczego nikt nie spojrzał w jej oczy? Kiedyś radosne, a teraz tak przerażająco puste. Wówczas po raz kolejny podziękowała Bogu za tę pracę. Cały dzień była zajęta sprzątaniem, nie musiała myśleć o niczym innym jak tylko o tym, jaki środek będzie najlepszy żeby rozpuścić gumę do żucia przyklejoną do krzesła. Lecz gdy wracała do domu przed oczami widziała wszystko, co wydarzyło się przeszło dziesięć lat temu. Wtedy szukała sobie jakiegoś zajęcia w domu i znowu umysł miała zaprzątnięty czymś innym. Dopiero, kiedy śniła wszystkie demony uwalniały się spod jej władzy i z szyderczymi uśmiechami na twarzach, przypominały jej chwile związane ze śmiercią matki. Czasami brała tabletki nasenne, ale strach przed uzależnieniem zwykle skutecznie trzymał ją od nich na dystans. Bywały jednak chwile, gdy sięgała po coraz silniejsze specyfiki. Robiła to zazwyczaj w przeddzień jakiś większych świąt czy uroczystości, aby mieć więcej siły na sprzątanie dworca. W noc z trzydziestego pierwszego sierpnia na pierwszego września wręcz z nabożną czcią kładła na dłoń dwie białe pastylki i popijała je dużą ilością przegotowanej wody. Dzięki temu szła do łóżka z myślą, że następnego poranka obudzi się wypoczęta i z łatwością zapanuje nad czystością stacji kolejowej w Londynie. Jednak wydawało się jej, że te błogosławione tabletki powodują u niej halucynacje. Bowiem co roku widziała młodzież, pchającą przed sobą wózki z dziwnymi kuframi, niekiedy nieśli oni klatki z sowami. Niektórzy byli poubierani w jakieś peleryny, innym wystawały z kieszeni gałęzie. Zawsze, gdy zobaczyła tak osobliwą osobę najpierw przecierała okulary myśląc, że może szkła się zabrudziły, a kiedy z powrotem zakładała je na nos, tych dziwnych ludzi już nie było. Zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu. Gdyby była młodsza i z inną przeszłością być może sądziłaby, że to jacyś czarodzieje, ale mając pięćdziesiąt lat, już nie przystoją takie myśli. Może to po prostu ludzie chorzy umysłowo, którym przyjemność sprawia przebieranie się za jakiś dziwaków. Tak czy inaczej, to nie jej sprawa. Z tą myślą wracała do podnoszenia z ziemi kolejnych śmieci.
— Jak myślisz Harry będziesz mógł przyjechać do Nory na Święta? — Usłyszała na przemian piskliwy i głęboki głos. Obróciła się i zobaczyła rudego chłopca z piegami na twarzy. Wyglądał, jakby w krótkim czasie dużo urósł. Ręce i nogi miał długie, natomiast tułów nieproporcjonalnie krótki. Nogawki jeansów, które miał na sobie sięgały mu nieco przed kostki, a rękawy swetra z wyszytą na piersi literą „R” były za krótkie. Usta wydawały się być stworzone do uśmiechu, obejmującego również intensywnie niebieskie oczy. Stawiał duże kroki, pchając przed sobą wózek załadowany dwoma kuframi.
— Na pewno będę mógł. Dursley’owie zrobią wszystko żeby nie musieć na mnie zbyt długo patrzeć. — Do jej uszu dobiegł nieco głębszy ton głosu niż poprzednio. Dopiero teraz zauważyła, że ten rudzielec nie szedł sam. Tuż za nim podążał chyba jego kolega, również pchając przed sobą wózek z kuframi, na których ustawiona została klatka z białą sową. Miał on czarn,e stojące w nieładzie na samym czubku głowy włosy i wysokie czoło, na którym widniała blada blizna w kształcie błyskawicy. Szmaragdowo zielone oczy patrzyły za okrągłych jak dętka od butelek okularów i mimo że jego usta rozciągnięte były w coś na kształt uśmiechu, to Bridget zobaczyła, że w tych pięknych oczach nie ma krzty radości. Sama wiele wycierpiała i można by rzec była specjalistką od ludzkich emocji. Ten chłopiec z pewnością nie był szczęśliwy. Poczuła, że jest jej go żal. Taki młody, a z pewnością doświadczony przez los. Może nawet bardziej niż ona sama. Po chwili zauważyła, że bursztynowe oczy jego sowy spoczęły na niej i mimowolnie głośno przełknęła ślinę. To zwierze było piękne, ale to wcale nie oznacza, że nie czuła jakby prześwietlało ją wzrokiem na wylot. Zupełnie tak jakby wiedziała, o czym myślała przed chwilą. I może jej się wydawało, ale ta sowa chyba do niej mrugnęła. Bridget Wenlock zawstydzona swoimi myślami opuściła głowę, a kiedy zebrała się na odwagę, żeby po raz kolejny spojrzeć na dziwnych chłopców i sowę oni znikli. Pomyślała, że pewnie jej się coś przewidziało i wróciła do pracy.
***
Na peronie 9 i ¾ można było wyczuć podniecenie. Tłumy uczniów tłoczyły się przy wagonach, przyczepionych do czerwonego parowozu.. Złota tabliczka do niego przymocowana głosiła: Pociąg ekspresowy do Hogwartu, godzina jedenasta. Poza gwarem rozmów słychać było miauczenie kotów, pohukiwanie sów, a czasem nawet kumkanie żab. Kłęby szarego dymu wydobywającego się z komina parowozu, otulały wszystkim nogi. Kilka osób wychyliło głowy przez okno wagonu, machając na pożegnanie rodzicom i wysłuchując ostatnich pouczeń. Większość z nich jednak zapomni o tych przykazaniach, gdy tylko rodzice znikną z zasięgu wzroku. Z barierki pomiędzy peronem dziewiątym, a dziesiątym co chwilę wyłaniały się kolejne osoby. Niektórzy ubrani we flanelowe koszule nocne w szlafmycach na głowach i kolorowych butach, założonych na bose stopy. Inni z godnością noszący eleganckie czarne szaty.
— I pamiętajcie, że macie się nie wpakować w żadne kłopoty — powiedziała pulchna kobieta o płomienno rudych kręconych włosach, które w nieładzie otulały jej dobrotliwą twarz. Z zielonych oczu znikły wesołe iskierki i patrzyła teraz surowo na gromadę rudych dzieci i jednego czarnowłosego chłopca. — Mówię poważnie — rzekła widząc ich rozbawione spojrzenia — jeżeli dostanę chodź jeden list ze skargą na was, to w przyszłym roku nie wrócicie do Hogwartu.
Jej słowa wywołały natychmiastowy efekt. Piątce dzieci uśmiech spełzł z twarzy i patrzyli teraz na kobietę z lekko rozchylonymi ustami.
— Dobry żart mamo — pierwszy otrząsną się chłopak w swetrze z literą „F” — nie zrobiłabyś nam tego. Nie zabroniłabyś powrotu do Hogwartu.
— To nie był żart Fred — stwierdziła chłodnym głosem, mierząc ich spojrzeniem. — Macie dobrze się zachowywać inaczej w przyszłym roku zostaniecie w domu.
Z parowozu rozległ się gwizd. Wszyscy jakby otrząsnęli się z letargu i jak jeden mąż pobiegli w stronę lokomotyw, pchając przed sobą wózki z kuframi.
— Cześć mamo!
— Do widzenia pani Weasley!
Krzyczeli Harry i Ron siedząc w przedziale i wyglądając przez okno. Pozostałe dzieci Molly Weasley ostentacyjnie nie pożegnały się z matką. Kiedy dworzec zniknął już z zasięgu wzroku rozsiedli się wygodniej. Po chwili przez rozsuwane drzwi weszła dziewczyna o burzy kręconych włosów, dużych piwnych oczach i z zarumienionymi policzkami. Miała nieco za długie przednie zęby, a jej zadarty nos pokrywało kilka piegów. Miała na sobie czarną szatę z bordowym podszyciem. Po lewej stronie klatki piersiowej znajdowała się naszywka przedstawiająca lwa, a pod nią pochyłymi literami widniał napis
Hermiona Granger .
— Cześć — powiedziała siadając obok Rona, naprzeciwko Harry’ego.
— Cześć Hermiono — odpowiedzieli jednocześnie.
Z przyjaciółką nie widzieli się przez całe wakacje. W ostatnich dwóch tygodniach sierpnia miała przyjechać do Nory, ale jej rodzice przedłużyli wypoczynek w Alpach i ona z nimi została.
— Wiecie może, dlaczego Fred, George i Ginny wyglądają jakby zjedli gumochłona? — spytała przyglądając im się uważnie.
— Wcale im się nie dziwię — powiedział Ron. — Gdybyś była z nami na dworcu i słyszała moją mamę nie wyglądałabyś lepiej. Wymyśliła, że jeśli dostanie, choć jeden list od McGonagall, to w przyszłym roku nie puści nas do Hogwartu. Niech tylko spróbuje — dokończył Ron, a w jego oczach zapaliły się buntownicze iskierki.
— Tak właśnie myślałam — westchnęła.
— Czyli co? —
— Tak się składa Ronaldzie, że ona się po prostu o was boi. Myśli, że w domu, kiedy będzie miała was na oku, będziecie bezpieczniejsi — odpowiedziała, a kiedy zobaczyła, że ani Ron, ani Harry nie rozumieją, dodała — nie czytaliście Proroka?
— Mama przestała go prenumerować od czasu Turnieju Trójmagicznego — powiedział rudzielec.
— A ty Harry? — spytała Hermiona.
— Hedwiga przynosiła ten szmatławiec, ale patrzyłem tylko na pierwszą stronę. Przecież gdyby wydarzyło się coś ważnego, to było właśnie na okładce — powiedział wzruszając ramionami.
— Mylisz się — fuknęła. — Ministerstwo kontroluje gazetę, ale nie może zabronić im publikowania ważnych informacji. Problem w tym, że na pierwszych stronach Knot każe umieszczać mało ważne rzeczy. Trzeba dokładnie przejrzeć Proroka, żeby przeczytać coś wartościowego.
— Ale po co to wszystko? — spytał Ron, słuchając uważnie przyjaciółki.
— To chyba oczywiste. Knot najbardziej boi się utraty posady Ministra Magii. Jeżeli czarodzieje dowiedzieliby się o tym, że on sobie nie radzi, zmusiliby go do rezygnacji ze stanowiska, więc łatwiej mu wszystko tuszować niż działać.
— Czyli Knot nic się nie zmienił — stwierdził Harry. — Zawsze wolał udawać, że wszystko jest w porządku niż coś naprawdę zrobić.
— A co to ma wspólnego z zachowaniem mojej mamy?
— Daj mi skończyć Ron —warknęła dziewczyna. — Sądzę, że twoja mama musiała się jakoś dowiedzieć o nowych postanowieniach Ministerstwa. Otóż Knot wymyślił, żeby wprowadzić cenzurę. Ministerstwo ma sprawdzać listy i paczki. Chce też wprowadzić tak zwaną godzinę policyjną. Wyborcą mówi, że to wszystko ma nam zapewnić bezpieczeństwo.
— Ale tego nie zrobi, prawda? — spytał Harry.
— Oczywiście, że nie! — wypaliła, zaciskając dłonie w pięści. — Pomyśl. Jeśli nasze listy będą sprawdzane, to Syriusz wpadnie w łapy Ministerstwa. Poza tym Knot boi się Dumbledore’a. Chyba sądzi, że ten nam wysyła jakieś plany, które pomogą nam zaatakować Ministerstwo, co jest oczywiście kompletną głupotą biorąc pod uwagę, że jeśli rzeczywiście Dumbledore chciałby nam coś przekazać, to dałby nam to po prostu w szkole.
— Podsumowując: minister nie wie, co robić — powiedział Harry patrząc przez okno.
Gęste chmury przesłoniły słońce i na dworze zrobiło się zupełnie ciemno. Silny wiatr poruszał koronami drzew, powodując szum. Kilka czarnych wron przeleciało przy oknie głośno kracząc. Wydawało się, że pogoda odzwierciedla myśli trójki przyjaciół. Jeśli Ministerstwo zamierza kontrolować listy, to Harry nie będzie mógł pisać do Syriusza, a wprowadzenie godziny policyjnej, uniemożliwi czarodziejom swobodne poruszanie się po mieście.
— ... to wszystko utwierdzi śmierciożerców w przekonaniu, że są bezkarni — kontynuowała Hermiona — bo jeśli ustawa o godzinie policyjnej zostanie zaakceptowana, a na pewno zostanie, biorąc pod uwagę ilość śmierciożerców w Ministerstwie, to każdy wyznawca Sami—Wiecie—Kogo będzie mógł bezkarnie chodzić po mieście.
Chłopcy w milczeniu pokiwali głowami na znak, że się z nią zgadzają.
— Harry słyszałeś, która drużyna prowadzi w rankingu
Najlepsi z najlepszych — Quidditch? — spytał Ron, a Harry odwrócił wzrok od okna i pokręcił przecząco głową. Reszta drogi do Hogwartu upłynęła na rozmowach o wiele przyjemniejszych niż zamiary śmierciożerców czy nieudolność Knota i chociaż żadne z przyjaciół głośno się do tego nie przyznało, to każde z nich czuło, że zapowiadają się duże kłopoty. O szybę uderzyły pierwsze krople deszczu, a niebo przecięła złota błyskawica.
komentarze [7]
Szablon wykonany przez Navien
Grafika Annika von Holdt